Die schöne Müllerin

28 lutego 2006

Słowo wstępne

Pierwszy z dwóch skomponowanych przez Schuberta cyklów pieśni. W których muzyka współgra z tekstem w sposób idealny. Tekstem prostym, bezpretensjonalnym, gorącym w swej wczesnoromantycznej uczuciowości. Czy można tego słuchać nie znając treści? Można, ale o ileż przyjemniej jest słuchać tej muzyki tak jak sobie to wyobrażał kompozytor; znając tekst i przeżywając wraz z młynarczykiem jego wzloty i upadki. Moje poniższe tłumaczenie, jakkolwiek z pewnością nieidealne, powinno przybliżyć czytelnikowi co tak naprawdę wydarzyło się w olchowej dolinie. Uzupełnieniem mego przekładu niech będzie zapis audycji pana Mieczysława Tomaszewskiego.

Godzina pieśni

Poniżej fragment audycji radiowej, nadawanej w Drugim Programie Polskiego Radia 20 kwietnia 2003 roku. Była to trzecia z cyklu „Godzina pieśni”, jej tytuł brzmiał „eksplozja romantyczności”. Przykłady muzyczne zaczerpnięte były z nagrania wytwórni EMI (Dietrich Fischer-Dieskau i Gerard Moore).

(…) 3 lipca roku 1822, zapisał Schubert w notatniku sen, który miał tej nocy: Przez długie, długie lata śpiewałem pieśni. Gdy chciałem wyśpiewać miłość, zamieniała się w ból. Gdy zaś chciałem wyśpiewać ból – zamieniał się w miłość. Specjalistom od freudowskiej psychoanalizy pozostawmy dociekania co to miało znaczyć. Ale można też chyba przyjąć rzecz dosłownie: te dwie rzeczywistości – miłość i cierpienia – Schubert doznawał, doświadczał, przeżywał jako jedność. Właśnie też teraz jest rok 1823. Nadarzyła się okazja by ową jedność: miłość i cierpienie, oczarowania i rozczarowania, euforycznej nadziei i spokojnej rozpaczy wyśpiewać w jednym dziele. Wielkim nie tylko rozmiarami. Jednym z dwu pieśniowych cykli, które jego imię wsławią jeszcze bardziej niż wszystko dotąd. Wilhelm Müller, poeta niesłusznie odsądzony niegdyś od wszelkiego talentu, opowieść o pięknej młynarce ukończył w roku 1820, jako tak zwany liederspiel, czyli jako modną wówczas zabawę towarzyską o muzyczno-teatralnym charakterze. Było to dalekie echo zabaw rokokowych, później sentymentalnych. Rzeczywistość prawdziwa, oglądana w cudzysłowie, idylicznie-ludyczna formuła. Wzbudzająca serdeczność i czułość, ale nie targająca niczyich głębszych uczuć. A zaczynała też właśnie być modna romantyczna ironia, traktowana jako bufor dystansujący od prawdy uczuć.

W tym momencie niestety musiałem przewrócić kasetę z nagrywaniem na drugą stronę. Przerwa miała około 10 sekund.

… pasterz i pasterka, Laura i Filon. Ano właśnie trwała w operze moda na młynarczyka i młynarkę, a to ze względu na popularność Paisiella, jego opery buffa: „la moinare”. Müller swój liederspiel, w towarzystwie berlińskich przyjaciół, odegrał i niebawem wydał. Schubert z poematu Müllera odrzucił prolog i epilog, pełniących rolę cudzysłowu – pominął też trzy mniej ważne teksty. Ale przede wszystkim pominął ironię i wszystkie cudzysłowy. Jego „Młynarka” opowiedziała historię ludzi prawdziwych. Wprawdzie podjęła ton pieśni w stylu ludowym, ton berlińskiej czy wiedeńskiej lied im folkston. Zgodnie z wczesnoromantyczną praktyką, większość pieśni została skomponowana w formie pieśni zwrotkowych. Melodyka nie otrzymała rokokowych zdobień, harmonika utrzymała się z granicach środków prostych. Grze trybów została powierzona rola główna. Fabuła pieśniowej noweli jest zresztą zbyt prosta, by móc znieść większe bogactwo środków. Młody młynarczyk wędruje w świat szukając pracy i szczęścia. Znajduje jedno i drugie: młyn i młynarkę. Ale pojawia się myśliwy i młynarczyk pocieszenie znajduje w nurtach strumienia.

Wędrówka jest radością młynarza. Kiepski to młynarz, który choć raz nie ruszył na wędrówkę. Bohater opowieści wchodzi w dialog, który trwać będzie do jej końca. Odtąd towarzyszem młodzieńca będzie strumień. Rytm kroków wędrówki ustępuje miejsca szumowi strumyka. Dokąd mnie poprowadzisz strumieniu?. Poprzez szum strumienia przebił się odgłos obrotu kół młyńskich, poprzez liście olch wyjrzał obraz młyna i przytulnego domu. „Stop!” To tutaj… Czy o tym myślałeś mój szumiący przyjacielu? Czy twoje śpiewanie i dźwięczenie tu mnie miały zaprowadzić? A może ona cię po mnie przysłała?

Sprawy toczą się tak dobrze, że młynarczyka ponosi energia. Chciałby obracać koło młyńskie sam, toczyć młyńskie kamienie. Pięknej młynarce wpadł w oko, młynarz pochwalił jego prace. Lecz pewności nie ma, a ciekawy chciałby wiedzieć na pewno. Strumyk zaś milczy. A chodzi tylko o jedno słowo, w którym streści się cały świat młodzieńca: o tak, albo nie. Odpowiedź musiała przynieść nadzieję, choćby po to, by mogła zabrzmieć najbardziej popularna z pieśni cyklu: ta opatrzona tytułem „Niecierpliwy”. Śpiew toczy się na skrzydłach owej nadziei i entuzjazmu, każdą zwrotką dążąc ku refrenowi; Dein ist mein Herz – Twoje jest moje serce. Nastaje idylla. W tym właśnie bukolicznym tonie przeżywać będzie zakochany młodzieniec kolejne dni. Poprzez sześć pieśni toczyć się będzie więc relacja z radości i zmartwień, śmiesznie drobnych, lecz dla czułego serca najważniejszych z ważnych.

Dzień dobry! Dzień dobry piękna młynarko, czemu odwracasz wzrok? Czy będę musiał stąd odejść?. Kwiaty od młynarczyka, zasadzone pod oknem, będą szeptać młynarce: nie zapomnij o mnie. Pieśń pod tytułem „Deszcz łez”. Oboje siedzą nad strumieniem. Wzeszedł księżyc, a wraz z nim gwiazda i poufale odbijają się w wodzie. „Moja!” – nowy wzlot nadziei. Potoku zamilcz! Koła młyńskie przestańcie się toczyć! Ptaszęta w lesie, małe i duże, zakończcie swoje trele. Poprzez gaj rozbrzmiewać może tylko jeden ton: ukochana młynarka jest moja!. Na ścianie powiesiłem lutnię. Oplotłem ją zieloną wstęgą. Nie mogę dłużej śpiewać, zbyt pełne jest moje serce. Nie ma na całej ziemi dźwięku, który by mógł wyrazić moje szczęście. Szkoda tej pięknej wstążki, wyblaknie na tej ścianie. Ja tak bardzo lubię zielony tak dziś do mnie rzekła. Więc zawiąż wstęgę we włosach! Będę wiedział, gdzie mieszka nadzieja, gdzie króluje miłość. Może i ja polubię zielony.

Katastrofa wisiała w powietrzu, i nadeszła – wraz z postacią myśliwego. Był w zieloności od stóp do głów. Czego ten butny myśliwy szuka w młynie? Tu nie ma zwierza do upolowania. c-moll drętkie i posępne, scherzo, idealne staccato fortepianu, słowa nie wyśpiewane, a niemal wykrzyczane. Rozmowa ze strumieniem. Tym razem wzburzona i gniewna. Dokąd to tak dziko i kręto mój strumieniu? Spieszysz za myśliwym? Wróć i strzeż wpierw swej młynarki, płochej, swawolnej, lekkomyślnej. Gniew mija. Młynarczyk się poddaje. W pieśni chyba najpiękniejszej z całego cyklu rozbrzmiewa nagle w h-moll melodia smutna ponad miarę. Jeden dźwięk przeszywać ją będzie jak obłędna myśl trwająca uporczywie: Chcę się ubrać w zielone, płakać zielonymi łzami, moja miła tak bardzo lubi zielony. To była pieśń o kolorze dobrym, zielonym. Tuż po niej, w twardym H-dur, odzywa się pieśń o kolorze złym. Pieśń znowu wzburzona i gniewna. Chcę ruszyć w daleki świat. Z każdej gałęzi pozrywać zielone liście.

To co nastąpi, będzie już tylko epilogiem. Bohater pieśniowej noweli znalazł już wyjście honorowe… Czy mógł znaleźć inne? Liederspiel Müllera i cykl pieśni Schuberta rozgrywały się w epoce, w której filozofia życia – utrwalona przez lekturę „Cierpień młodego Wertera” – była wciąż żywa. Wszystkie kwiaty, które mi dała, macie mi włożyć do trumny. Dlaczego kwiatki jesteście tak mokre? Łzy nie czynią maju zielonym. Miłość, która umarła nie zakwitnie na nowo. Po pieśni „Uschnięte kwiaty” już tylko dwie pieśni ostatnie. Najpierw rozmowa ze strumieniem. Młynarczyk: Tam gdzie wierne serce ginie z miłości, tam więdną wszystkie lilie w ogrodzie. A księżyc zasłania się chmurą, by nie patrzeć na łzy. Strumyk: Lecz jeśli się miłość wyrwie z bólu, na niebie zapali się nowa gwiazda. Młynarczyk: Strumieniu, kochany strumieniu. Czy ty wiesz jak miłość boli?. Pieśń ostatnia jest kołysanką, kołysanką strumyka. Łączy łagodne rytmy, właściwe kołysaniu. Odpoczywaj, zmróź oczy znużony wędrowcze. Jesteś w domu… Łączy z rytmem i odległym pożegnalnym brzmieniem dzwonów. Henryk Heine, trafiwszy kiedyś na nowe wiersze Müllera, te o pięknej młynarce, skreślił do niego w porywie entuzjazmu parę słów bardzo bezpośrednich. Zdaję mi się – pisał – że odnalazłem w pana wierszach dźwięk czysty i prawdziwą prostotę. To samo można by powiedzieć o „Pięknej młynarce” Schuberta – i więcej – bo ów czysty dźwięk został pogłębiony, a prostota stała się tym bardziej prawdziwa, że pozbawiona ironii. Można sądzić, że w naiwne te pieśni wpisał Schubert jakąś istotną część samego siebie.

tłumaczenie w formie pliku pdf (104KB)
// STATYSTYKI